Rozmowy bez końca ekipy rządzącej o śmieciówkach

 

Likwidację śmieciówek zapowiadał samodzielny premier Donald Tusk i niesamodzielna premier Jarosława Kaczyńskiego, Beata Szydło.  

Od kilku lat politycy partii rządzących rozprawiają w mediach na pokaz, że trzeba koniecznie zlikwidować umowy śmieciowe. Puste gadanie polityków to ich praca, która się opłaca. Bo ludzie są przekonani, że za tymi pięknymi słowami, pójdą czyny. Niestety, u nas i wszędzie, gadanie było, jest i będzie. A śmieciówki też będą.

– Musimy zlikwidować w Polsce umowy śmieciowe, bo to patologie, które muszą być wyeliminowane z rynku pracy – mówiła w maju 2016 roku w radiowej “Jedynce”, premier Beata Szydło. 

Kontrole przedsiębiorców, którzy w przeszłości stosowali umowy zlecenia, naliczanie składek, których wcześniej nie trzeba było płacić, a przede wszystkim zapowiedzi “likwidacji śmieciówek”. Rząd PiS ostro walczy z elastycznymi formami zatrudnienia, ale sam zatrudnia na umowach zleceniach, tysiące ekspertów. I ani myśli likwidować śmieciówki.  

Według gazety “Fakt”, w odpowiedzi na poselskie interpelacje opozycji, ministerstwa rządu Beaty Szydło, musiały ujawnić skalę swoich wydatków na umowy zlecenia. Od początku obecnej kadencji Sejmu, rząd Beaty Szydło wydał na “śmieciówki”, już co najmniej 64 mln złotych.  

Liderem omijania Kodeksu pracy jest Ministerstwo Zdrowia, które na 1131 umów wydało 11 mln zł – pisze money.pl. Niewiele mniej, bo 10,3 mln zł, wydało na 1,4 tys. umów Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.  

Warto wiedzieć, że w pierwszej niechlubnej piątce znalazły się dwa resorty, które aktywnie zwalczają “śmieciówki”. Resort rozwoju i finansów wydał 8,7 mln zł na 636 umów, a 2139 umów kosztowało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej 6,6 mln zł.

Tylko ministerstwo Macierewicza nie ma nic takiego złego na sumieniu, bo nie ujawniło swoich umów zleceń.

Jak podlegli Beacie Szydło ministrowie, tłumaczą się z tego, że zamiast korzystać ze swoich etatowych pracowników resortów, zatrudniają na “śmieciówkach” osoby z zewnątrz?  

Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel przekonuje, że “umowy zlecenia wynikają z nieprzewidzianego spiętrzenia prac”, w jego resorcie. Z kolei wiceminister zdrowia Katarzyna Głowala stwierdziła górnolotnie, że zleceniobiorcy zleceń, “realizowali zadania związane z potrzebami”.  

Zdaniem ekspertów, takich zleceń w charakterze umów, są tysiące. W II kwartale 2017 zatrudnionych było w Polsce na różnych umowach 16,5 mln osób, a ok. 1,2 mln – na śmieciówkach (rynekpracy.org.). “Od początku kadencji rządu PiS na śmieciówki wydano już 64 miliony złotych” (innpoland.pl).  

Rekordzistą pod tym względem jest MEN Anny Zalewskiej, które podpisało ze zleceniobiorcami 3055 umów śmieciowych, na łączną sumę prawie 7 mln złotych – daje to po 2280 zł na każdą umowę. 

Najhojniejsze okazało się ministerstwo gospodarki morskiej. Zawarło wprawdzie tylko 19 umów, na łączną sumę ponad 800 tysięcy złotych, ale w przeliczeniu na jedną – daje to ponad 16 tysięcy zł – na każde zlecenie. A MSZ Waszczykowskiego zatrudniało na śmieciówkach m.in. tłumaczy.  

W środę ujawniono również, że zatrudnianie zewnętrznych ekspertów, jako swoich współpracowników, a nawet doktorantek, praktykuje także prezes ZUS profesor nauk społecznych Gertruda Uścińska, której PiS powierzył w 2016 roku, to zaszczytne stanowisko w instytucji państwowej.
Źródło: money.pl.  

Stanisław Cybruch  

Na zdjęciu ilustracyjnym – Podwładni Beaty Szydło masowo zatrudniają na śmieciówkach. Foto: innpoland.pl.google.com.

Share
Ten wpis został opublikowany w kategorii ludzie, partia, pieniądze, polityka, Polska, życie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *